40 milionów dolarów za nowe Ferrari. Elektryczne Ferrari. I to samochód, którego katalogowa wartość stanowi zaledwie ułamek tej kwoty. Brzmi jak kolejna historia o miliarderze, który ma więcej pieniędzy niż rozsądku? W przypadku Herberta „Herbiego” Wertheima byłoby to zdecydowanie zbyt proste wyjaśnienie. 87-letni optometrysta, wynalazca, inwestor i filantrop od lat robi rzeczy po swojemu. A zakup pierwszego Ferrari Luce jest prawdopodobnie znacznie bardziej przemyślany, niż sugerowałaby sama liczba zer na rachunku.
Monterey Car Week to miejsce jedyne w swoim rodzaju. Kolekcjonerzy, których garaże przebijają ekspozycje najlepszych muzeów, licytują tam samochody za kwoty, za które można kupić hotel, prywatny odrzutowiec albo całkiem pokaźny portfel nieruchomości.
Mimo to 40 milionów dolarów za fabrycznie nowe Ferrari zrobiło wrażenie nawet tam.
Tyle podczas aukcji RM Sotheby’s osiągnęło Ferrari Luce „Chassis 0” – pierwszy produkcyjny egzemplarz pierwszego w historii w pełni elektrycznego Ferrari. Wynik ustanowił rekord ceny nowego samochodu sprzedanego na aukcji. Całość dochodu Ferrari przeznacza za pośrednictwem The Ferrari Foundation na inicjatywy edukacyjne.
O aukcji oraz kontrowersjach pisaliśmy kilka dni temu w artykule: 40 milionów dolarów za Ferrari Luce. Rekord, którego część internetu nie kupuje
Kupującym okazał się Herbert A. Wertheim.
I jeśli jego nazwisko mówi Wam mniej niż Musk, Bezos czy Zuckerberg, nie jesteście wyjątkiem. Forbes już kilka lat temu nazwał go jednym z najlepszych inwestorów, o których większość ludzi nigdy nie słyszała. To właśnie ta anonimowość – przynajmniej do momentu, gdy pojawia się czerwony kapelusz i rekordowa aukcja Ferrari – czyni jego historię tak ciekawą.

Kim jest Herbert „Herbie” Wertheim?
Herbert Wertheim ma 87 lat i według aktualnego zestawienia Forbesa jego majątek wynosi około 4,8 mld dolarów. Nie odziedziczył imperium, nie stworzył technologicznego jednorożca i nie zarządza jednym z największych funduszy Wall Street. Jego majątek powstawał przez dziesięciolecia.
Urodził się w 1939 roku w Filadelfii, dorastał na Florydzie w niezamożnej rodzinie. Miał dysleksję i problemy w szkole. Jako nastolatek wstąpił do US Navy, później studiował m.in. zagadnienia związane z inżynierią i optometrią, a następnie uzyskał doktorat z optometrii w Southern College of Optometry.
Kluczowy moment przyszedł w 1969 roku.
Wertheim opracował barwnik do plastikowych soczewek okularowych pochłaniający szkodliwe promieniowanie UV. Niedługo później założył Brain Power Incorporated, przedsiębiorstwo związane z technologiami dla optyki i optometrii, którym kieruje do dziś. Według Forbesa firma posiada ponad 100 patentów i praw autorskich.
To jednak nie sama firma zrobiła z niego miliardera. Zrobiło to inwestowanie.
Miliardy z cierpliwości
Historia Wertheima jest interesująca również dlatego, że stanowi niemal przeciwieństwo współczesnej kultury inwestycyjnej.
Nie ma tu opowieści o day tradingu, kilkunastu monitorach, memecoinach ani próbie przewidzenia kursu akcji w przyszły wtorek.
Wertheim przez lata inwestował przede wszystkim w przedsiębiorstwa, których technologię potrafił zrozumieć. Szczególną wagę przykładał do własności intelektualnej i patentów. Forbes opisywał, że potrafił spędzać długie godziny na analizowaniu właśnie dokumentacji patentowej, zamiast koncentrować się wyłącznie na kwartalnych wynikach finansowych.
Kupował też niezwykle wcześnie.
Akcje Apple nabywał m.in. w okolicach debiutu giełdowego firmy i ponownie w okresach słabości spółki. Microsoft posiada od IPO w 1986 roku. Jedną z najbardziej spektakularnych inwestycji okazało się natomiast HEICO, przedsiębiorstwo z branży lotniczej i elektronicznej. Wertheim zainwestował w nie około 5 mln dolarów, gdy firma była jeszcze niewielkim i ryzykownym graczem. Z czasem wartość jego udziału urosła do setek milionów dolarów, a Wertheim został największym indywidualnym akcjonariuszem spółki.
Jego filozofię można streścić bardzo prosto: kupować dobre przedsiębiorstwa i niemal ich nie sprzedawać.
W czasach, gdy czas inwestycyjny wielu osób skrócił się z lat do minut, podejście Wertheima brzmi wręcz staroświecko.

Ferrari za 26 mln. Rok później – Ferrari za 40 mln
Luce nie jest pierwszym przypadkiem, gdy nazwisko Wertheima pojawia się przy absurdalnie wysokiej cenie nowego Ferrari.
Podczas Monterey Car Week w 2025 roku ten sam kolekcjoner zapłacił 26 mln dolarów za specjalne Ferrari Daytona SP3 Tailor Made. Był to dodatkowy, 600. egzemplarz modelu, przygotowany poza standardową serią 599 samochodów. Także wtedy sprzedaż miała charakter charytatywny.
Rok później Wertheim wrócił i podbił swój własny rekord o 14 milionów dolarów.
Co więcej, według „The Wall Street Journal” Luce nie ma być po prostu kolejnym autem zamkniętym na stałe w klimatyzowanym garażu. Wertheim deklaruje, że samochód może być udostępniany przy kolejnych przedsięwzięciach służących zbieraniu środków na cele charytatywne.
To dużo mówi o sposobie, w jaki traktuje swoją kolekcję.
Dobroczynność, a podatki
Filantropia w przypadku Wertheima nie zaczęła się wraz z kupowaniem Ferrari.
Przez lata przekazywał dziesiątki milionów dolarów amerykańskim uczelniom, przede wszystkim na edukację, ochronę zdrowia i badania naukowe. Jego nazwisko noszą dziś jednostki akademickie m.in. na Florida International University, University of Florida, University of California Berkeley czy Florida State University. W grudniu 2025 roku przekazał 65 mln dolarów Florida State University, czego efektem było utworzenie Herbert Wertheim College of Business.
Wertheim przystąpił również do stworzonej przez Warrena Buffetta oraz Billa i Melindę Gatesów inicjatywy Giving Pledge, deklarując przeznaczenie znacznej części majątku na cele dobroczynne.
Można oczywiście dyskutować o filantropii miliarderów. Wielkie darowizny budują nie tylko laboratoria czy programy stypendialne, ale również reputację, wpływy i – co tu dużo mówić – pomniki za życia w postaci nazwisk umieszczanych na fasadach uczelni. W przypadku największych fortun dochodzi do tego jeszcze jeden, znacznie mniej romantyczny element: podatki.
Amerykański system od lat premiuje działalność dobroczynną ulgami podatkowymi, dlatego przekazywanie wielomilionowych kwot fundacjom, uczelniom czy organizacjom non-profit może być jednocześnie aktem filantropii i elementem bardzo racjonalnego zarządzania majątkiem. Sam Wertheim nie udaje zresztą, że ten mechanizm nie istnieje. W rozmowie z „Forbesem” zwracał uwagę, że ludzie przekazują pieniądze fundacjom również po to, by ograniczać zobowiązania i obciążenia podatkowe.
“People give to foundations to offset liabilities and taxes. We want to preserve the corpus of the foundation.”
Nie oznacza to oczywiście, że jego działalność charytatywna jest wyłącznie podatkową kalkulacją ani tym bardziej, że mamy do czynienia z czymś nielegalnym. Przeciwnie – system został skonstruowany właśnie po to, aby zachęcać prywatny kapitał do finansowania edukacji, nauki czy ochrony zdrowia. Warto jednak pamiętać, że w świecie miliarderów filantropia, planowanie podatkowe, budowanie dziedzictwa i zarządzanie majątkiem bardzo często są elementami tej samej układanki.

