Wenecka wyspa Lido przez większość roku żyje własnym, sennym rytmem plaż i sosnowych lasów. Raz do roku, na jedenaście dni festiwalu filmowego, zamienia się w centrum światowego blichtru. Teraz okazuje się, że to właśnie ten kontrast – cisza i legenda w jednym miejscu – stał się magnesem dla dużego, międzynarodowego kapitału hotelowego.
Lido – niezwykła część Wenecji
Lido to wąska, licząca kilkanaście kilometrów mierzeja piaszczysta oddzielająca Lagunę Wenecką od otwartego Adriatyku – z Placu św. Marka dzieli ją zaledwie kilkanaście minut rejsu wodnym autobusem, ale krajobraz jest tu zupełnie inny niż kanały i mosty kojarzone z resztą miasta: szerokie aleje, wille w stylu belle époque i liberty, piaszczyste plaże oraz, unikatowy w skali laguny, ruch samochodowy. To właśnie tutaj, a nie w centrum Wenecji, od 1932 roku odbywa się Międzynarodowy Festiwal Filmowy, jeden z trzech najważniejszych na świecie obok Cannes i Berlina – przez resztę roku wyspa pozostaje jednak spokojnym, lokalnym kurortem, chętnie odwiedzanym przez wenecjan, ale w dużej mierze omijanym przez zagranicznych turystów.
Nostalgia jako model biznesowy?
Ten kontrast – lokalna, senna wyspa przez 354 dni w roku i światowa scena przez pozostałe jedenaście – jest dziś fundamentem strategii, którą można zaobserwować w wielu miejscach z podobnym rodowodem. Zamiast budować luksusowe kurorty od zera, inwestorzy coraz częściej kupują miejsca z gotową opowieścią – architekturą sprzed dekad, listą sławnych gości, filmowym czy literackim rodowodem – i odnawiają je tak, by opowieść została, a infrastruktura dogoniła oczekiwania dzisiejszego gościa. Lido, z hotelami pamiętającymi belle époque i rolą kolebki festiwalu filmowego, pasuje do tego wzorca niemal podręcznikowo.
Legenda, która przyciąga remonty
Najbardziej widoczny przykład to Hotel Excelsior Venice Lido, na którego tarasie w 1932 roku odbyła się pierwsza edycja festiwalu. Po tegorocznej, gruntownej modernizacji obiekt odzyskał swoją towarzyską duszę – w tym reprezentacyjne lobby, dziś ozdobione archiwalnymi zdjęciami stu lat sławnych gości.
Jeszcze wyraźniejszym sygnałem skali tego zjawiska jest zapowiedziana renowacja Grand Hôtel des Bains, zamkniętego od 2010 roku hotelu, który zainspirował Thomasa Manna do napisania „Śmierci w Wenecji”. Za projektem wartym 200 mln euro stoi deweloper z Abu Zabi Eagle Hills wraz z funduszem rewitalizacji miejskiej COIMA. Jak ujął to Mohamed Alabbar, założyciel Eagle Hills: „To coś więcej niż renowacja – to odrodzenie europejskiego dziedzictwa poprzez nowoczesną doskonałość”. To zdanie dobrze streszcza logikę całego trendu: kapitał inwestycyjny sprzedaje się dziś chętniej jako kontynuacja historii niż jako nowy produkt.
Luksus nie zawsze oznacza najwyższą półkę
Ciekawe jest to, że taka fala inwestycji nie ogranicza się do obiektów z najwyższej półki. Otwarty w ubiegłym roku czterogwiazdkowy Meliá Venezia Lido pokazuje, że renesans wyspy ma też swój bardziej przystępny cenowo wariant – mniej okazały niż stuletnie pałace, ale wciąż korzystający z tego samego atutu: lokalizacji, która przez większość roku pozostaje spokojna, a raz do roku staje się jednym z najbardziej fotografowanych miejsc na świecie.
Co to mówi o rynku hotelowym?
Przypadek Lido pokazuje mechanizm, który warto obserwować szerzej niż tylko w kontekście Wenecji: stare, kiedyś prestiżowe kurorty – z własną historią, ale bez współczesnej infrastruktury – stają się dziś atrakcyjnym celem dla funduszy szukających aktywów trudnych do skopiowania. Marki i konsorcja inwestycyjne kupują nie tylko nieruchomość, ale i gotowe skojarzenie, którego nie da się zbudować żadnym budżetem marketingowym w kilka lat. Skala kapitału zaangażowanego choćby w odbudowę Grand Hôtel des Bains sugeruje, że to nie jednorazowy przypadek, lecz sygnał, w jakim kierunku może pójść inwestowanie w luksusową turystykę w kolejnych latach.

